Copy LinkXFacebookShare

Gęsi zagazowane, ale odszkodowania nie będzie. Rolnikom zostały tylko długi

– To jest sytuacja bez wyjścia – załamuje ręce rolnik ze wsi pod Białą Podlaską (woj. lubelskie), w którego gospodarstwie zagazowano stado 1200 gęsi. Znalazł się przez to w kiepskiej sytuacji finansowej, a odszkodowania za ptaki decyzją Inspekcji Weterynaryjnej nie dostał.

Rolnicza rodzina ma 4,5 hektara ziemi. Korzystając ze środków z programu realizowanego przez Agencję Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa, postanowiła zmodernizować oborę i hodować drób.

– Zrobiliśmy wodę, poidła automatyczne, automatyczną linię paszową i weszliśmy w produkcję gęsi, po raz pierwszy – opowiadał gospodarz, pan Piotr przed kamerami programu "Interwencja" w Polsacie.

– Cały czas się chodzi, dzień i noc, przy małych. Później przy dużych też się chodzi cały czas: żeby się nie podziobały, żeby się nie podusiły. Czyli robota na okrągło – dodała jego żona.

Niestety, ich hodowlę dotknęła grypa ptaków i nakazano zagazowanie stada i przekazanie gęsi do utylizacji. – To już były duże gęsi, miały od 4,5 do 6 kilogramów. Niektóre kręciły się w kółko i biegały. To było coś nienormalnego. I w internecie żona sprawdziła, że to są objawy ptasiej grypy. Przyjechały dwie panie z weterynarii, by zrobić sekcje. Wkrótce padło ponad dwadzieścia sztuk – wspomina pan Piotr.

Z dnia na dzień rolnicy zostali bez źródła utrzymania i liczyli na wypłatę odszkodowania z budżetu państwa za wybite ptaki. Zwłaszcza że – jak zapewniają – warunki bioasekuracji spełniali. Ale Inspekcja Weterynaryjna była innego zdania. Z jej ustaleń wynika, że hodowcy są pośrednio odpowiedzialni za zakażenie stada.


– Były po prostu złe warunki utrzymywania zwierząt i niespełnienie wymagań, o których mówi rozporządzenie wojewody. Od podstawowych rzeczy, takich jak szczelność budynku, poprzez karmienie zielonką z pobliskich łąk, gdzie teren jest podmokły i przebywają tam dzikie ptaki, które mogą przenosić wysoce zjadliwą grypę ptaków, po warunki higieniczne, które łagodnie mówiąc, nie były najlepsze – przekazał reporterom "Interwencji" Paweł Piotrowski, lubelski wojewódzki lekarz weterynarii.

Gospodarze odpierają zarzuty, twierdząc, że to sami inspektorzy nie przestrzegali przepisów. – Jak był obornik dołowany i utylizowany? Powinien być w dół wrzucony i tam przykryty szczelnie folią. Zabrakło im folii, ale nikt się tym nie przejął. Ptaki zganialiśmy, żeby na tym nie siadały, no bo to rozniosą – przekonywał gospodarz.

O wypłatę odszkodowania rolnicy zamierzają walczyć w sądzie. Póki co, mają jednak spore kłopoty finansowe. Otrzymane od inspekcji 15 tys. zł pokryło zaledwie część długów. Żeby jakoś funkcjonować, małżonkowie biorą się za dorywcze prace.

– W tej chwili jesteśmy winni około 60 tysięcy złotych: wylęgarni, firmie z paszą, bankowi. To wszystko było na kredyt robione. Mieliśmy nadzieję, że jak to pójdzie, to z czasem jakoś będziemy żyć. Dwaj synowie poszli do szkoły bez książek. Nie stać nas było. Nie widzę przyszłości, jeśli nie zapłacimy – załamuje ręce pan Piotr.
 

źródło: Polsat



Zobacz nas w Google News

mleko, skup mleka, skup mleka 2026, produkcja mleka, rynek mleka, mleczarstwo, GUS, Eurostat,
Hodowla

Skup mleka w 2026 r. Produkcja nadal rośnie

Duńska ferma, trzoda chlewna, DanBred, produkcja prosiąt, rozród loch, żywienie loch, warchlaki
Hodowla

Duńska ferma odsadza 42 prosięta od lochy rocznie. W jaki sposób?

Aktualności

Dyrektywa UE ws. emisji zagraża rolnikom. Co na to MRiRW?

Aktualności

540 mln euro pomocy nawozowej UE. Wojciechowski: „15 zł na ha”